Aktualności

W roku szkolnym 2020/2021 rodzice indywidualnie ubezpieczają swoje dzieci. Rada Rodziców po przeanalizowaniu złożonych ofert rekomenduje ubezpieczenie w Wiener.

Poniżej:

1. link do oferty ubezpieczenia NNW na 20 000 zł

     https://sprzedaz.wiener.pl/ubezpieczenieoswiata/g/20009

2. link do oferty ubezpieczenia  NNW na 30 000 zł:

     https://sprzedaz.wiener.pl/ubezpieczenieoswiata/g/20010

  

Pani Profesor Irena Chojnacka (1934 – 2020)

 

Irena ChojnackaW niedzielę 8 listopada 2020 roku zmarła Pani Profesor Irena Chojnacka, miała 86 lat. Ostatnie lata życia emerytki spędziła u rodziny w Gnieźnie. We wrzesińskim Liceum Ogólnokształcącym rozpoczęła pracę 1 września 1958 roku. Na emeryturę przeszła 31 grudnia 1990 roku, ale pracowała jeszcze w niepełnym wymiarze godzin do końca roku szkolnego 1990/91.
Irena Chojnacka urodziła się 4 stycznia 1934 roku w Popielewie (obecnie powiat gnieźnieński, gmina Trzemeszno w województwie wielkopolskim). Ojciec Jan był nauczycielem, matka Stanisława z d. Cieślewicz zajmowała się gospodarstwem domowym. Okupacja hitlerowska zaburzyła Irenie naukę szkolną. Dopiero po wojnie, w latach 40. ukończyła szkołę podstawową, a w 1953 roku zdała maturę w Liceum Ogólnokształcącym w Gnieźnie, po czym podjęła studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tam w 1958 roku uzyskała dyplom magistra chemii. W tymże roku, od 1 września podjęła pracę nauczycielki chemii w Liceum Ogólnokształcącym we Wrześni najpierw jako nauczycielka kontraktowa. Po kilku latach uzyskała status nauczycielki mianowanej, a w 1972 roku, ówczesnym zwyczajem, tytuł profesora szkoły średniej.
W ciągu wszystkich lat pracy uchodziła wśród uczniów za nauczycielkę bardzo wymagającą, surową i mało przystępną, ale też sprawiedliwą. Jej praca i wyniki nauczania doceniane były przez władze oświatowe, czego wyrazem były nagroda Ministra Oświaty (1973) i Złoty Krzyż Zasługi (1979).
Odeszła zasłużona nauczycielka Liceum, ciągle jeszcze wspominana wśród swoich uczniów, (najmłodsi mają dziś prawie 50 lat), także przez autora tych słów, jako „legenda szkoły”.
Irena Chojnacka spoczęła 12 listopada na cmentarzu przy ulicy Witkowskiej w Gnieźnie.

Marian Torzewski

Pani Profesor Irena Chojnacka. Moje wspomnienia osobiste - Marian Torzewski

Uczeń

Kiedy po ukończeniu podstawówki w 1963 roku i zdaniu egzaminu wstępnego zostałem uczniem Liceum i jeszcze dobrze nie przekroczyłem murów tej szkoły, usłyszałem słowo „Fifa”. Takie przezwisko nadane nie wiadomo kiedy i przez kogo nosiła nauczycielka chemii. Sterani i poobijani walką na lekcjach chemii koledzy ze starszych klas straszyli mnie Panią Profesor Ireną Chojnacką. Własne doświadczenia zdobywałem na swoich lekcjach, ale jakoś nie zaznałem traumy. Była wymagająca, surowa i swą postawą potrafiła wymusić solidną pracę uczniowską. Bezwzględna cisza na lekcjach, także podczas doświadczeń chemicznych, kiedy wydawało się, że może być większy luz, zmuszała mnie do myślenia i pracy. Taka cisza panowała też przed lekcją, na korytarzu, kiedy cała klasa karnie, prawie parami, stała przed gabinetem chemicznym. Podczas gdy Pani Profesor przechodziła obok, nikt nie śmiał rozmawiać ani zajmować rąk czymkolwiek. Podczas odpytywania stała często bokiem do tablicy, na której męczyłem się z reakcjami chemicznymi, patrzyła przez okno, wydawała się nieobecna, ale czujnie wychwytywała, kiedy nie byłem dobrze przygotowany do lekcji. Jakoś mi ta nauka szła – nigdy nie dostałem dwójki. Przy Pani Profesor coraz bardziej lubiłem chemię; była w ocenach bardzo sprawiedliwa. Kiedy byłem słaby otrzymywałem trójkę, kiedy trochę lepszy czwórkę, nigdy piątkę. Moje zainteresowanie chemią zaszło tak daleko, że wybrałem ją jako przedmiot egzaminacyjny na maturze (wcale nie historię !). Koleżanki i koledzy uznali mnie za 17-letniego samobójcę, a ja na przekór na początku XI klasy zapisałem się na kółko chemiczne. I tam dałem straszną plamę. Z powodu niedouczenia i nieznajomości konstrukcji aparatu Kippa stłukłem jego dolną część. Przerażony, myślałem, że nie tylko wylecę z kółka, ale i maturę mam „z głowy”. Nic takiego się nie stało, nie było żadnej awantury, zawiadamiania dyrekcji i informowania rodziców (to zrobiłem sam) ani późniejszego „rewanżu” Pani Profesor na lekcjach. Aparat oczywiście musiałem (za pieniądze rodziców) odkupić i oddać, a moment oddawania mógł wyglądać nawet jak wręczenie prezentu. Ponieważ byłem uczniem z chemii coraz bardziej czwórkowym, do matury podszedłem z tremą, ale bez strachu – wiedziałem, że Pani Profesor mnie nie skrzywdzi. Z ustnego egzaminu maturalnego przez lata pamiętałem tylko, że jedno z trzech pytań dotyczyło związków chemicznych nazywanych mydłami. Wszystko szło świetnie, ale na tych mydłach lekko się poślizgnąłem, więc nie byłem bardzo rozczarowany, gdy na świadectwie maturalnym zobaczyłem czwórkę. W tamtych czasach komisja egzaminacyjna nie informowała ucznia po egzaminie o jego wyniku, a na świadectwie nie było osobnych ocen za egzamin. W czerwcu 1967 roku opuściłem mury liceum z przyzwoitym świadectwem dojrzałości.

Współpracownik

W ciągu następnych 17 lat nie przyszło mi do głowy, że w 1984 roku wrócę do Liceum jako nauczyciel historii i, że spotkam tam nadal uczącą chemii Panią Profesor. Można więc powiedzieć, że stałem się jej „kolegą z pracy”. Mimo to pozostały we mnie ślady dawnego wobec niej uczniowskiego respektu. Pracowaliśmy razem przez 6 lat. Z tego okresu pamiętam kilka epizodów związanych z dziennikami lekcyjnymi. Pani Profesor miała zwyczaj nieprzynoszenia dziennika danej klasy do pokoju nauczycielskiego po swojej lekcji. Czasem to ja miałem następną lekcję z tą samą klasą, więc musiałem sam sobie iść po dziennik do gabinetu chemicznego. Nie śmiałem z tego powodu czynić Pani Profesor żadnych uwag.
Pani Profesor z zasady nie przychodziła na studniówki. Obecna była tylko wtedy, kiedy musiała, bo była wychowawczynią klasy maturalnej. W ciągu 6 lat zdarzył się tylko jeden przypadek, kiedy na studniówce byliśmy oboje. Pani Profesor nie tańczyła, ja też tancerzem jestem marnym. Tak więc oboje siedzieliśmy często w prawie pustej sali dla nauczycieli i to naprzeciwko siebie, bo takie przypadły nam miejsca. Nie wypadało mi milczeć, więc najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej, podejmowałem próby nawiązania kontaktu towarzyskiego i to mi się udało. Rozmawialiśmy z Panią Profesor na różne tematy – poważne i mniej poważne. I wtedy zobaczyłem inną Fifę – otwartą, bardzo sympatyczną i uśmiechającą się. Zniknęła gdzieś jej surowość i nieprzystępność. Przyznam, że byłem tym zaskoczony.
I taka właśnie Pani Profesor pozostaje w mojej pamięci.

Jeszcze o mojej maturze z chemii

Wiele lat po odejściu Pani Profesor na emeryturę pracowałem nad monografią Liceum (wydana 2004). Jednym z moich zadań było sporządzenie rzetelnej listy absolwentów, tzn. tych uczniów, którzy zdali w Szkole maturę. Była to praca pionierska i musiałem przejrzeć grubo ponad 6 tysięcy protokołów egzaminów maturalnych z całej historii Szkoły. Oczywiście, zobaczyłem też po 35 latach protokół z mojej matury. Egzaminatorem z chemii była Pani Profesor. Podczas lektury spotkała mnie wielka, przyjemna niespodzianka. Zapisane były wszystkie trzy pytania egzaminacyjne i krótkie charakterystyki moich odpowiedzi.
Przy pytaniu o mydła napisano, że uczeń co prawda potknął się w zapisie reakcji (na tablicy), ale szybko wybrnął. Ogólna ocena egzaminu – bardzo dobry. Ucieszyłem się tą oceną tak, jakbym otrzymał ją w momencie lektury protokołu. Dlaczego na świadectwie miałem czwórkę? Ówczesnym zwyczajem ocena z przedmiotu egzaminacyjnego na świadectwie maturalnym była wypadkową ocen na wszystkie okresy w trakcie całej nauki, szczególnie w ostatniej klasie, a tam nigdy nie miałem piątki. Nawet gdyby Pani Profesor miała chęć wystawienia mi końcowej piątki, to nie bardzo mogła, bo oceny zatwierdzała ogólnoszkolna Rada Pedagogiczna.

Pn Wt Śr Cz Pt So N

logo UE rgb 1

logo taplo

bohaterON

wolontariat z klasą

logo karta szkolna

magisterscholasticus

dopalacze nafb kopia

Kontakt

kontakt

bip logo